SuperFakty.info
Plamy na słońcu
„Dla was żyjących w bojaźni mojego imienia wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego promieniach.” - Księga Malachiasza 3:20 LXX

John Kowalik pracował, jako stróż w obserwatorium astronomicznym w Sunspot, które znajdowało się w górach prawie 3000 metrów nad poziomem morza. Lubił swoją pracę, choć była nudna i raczej nie produktywna. Miał dużo czasu, który lubił przeznaczać na szperanie w internecie, ale też często spał podczas pracy, bo i tak nic nigdy się nie działo.

Stanowe obserwatorium znajdowało się w pięknym lesie na szczycie jednej z gór. Od zachodu miało pasmo wysokich wzniesień, ale od wschodu pagórki. Dzięki temu z obserwatorium można było obserwować dwie bazy wojskowe, a nawet oddalone o 200 km Roswell. Oczywiście trzeba by mieć do tego celu odpowiedni sprzęt. John nie był tym zainteresowany i nie próbował nigdy robić takich obserwacji.

Czasem z nudów myszkował po różnych pokojach, nazywał to obchodem. Sprawdzał, czy ktoś niepowołany dostał się do środka. Nigdy niczego ani nikogo nie znalazł w tych pomieszczeniach. Bywało, że jakiś pracownik został po pracy, ale tylko na kilka godzin. Pracował tutaj od 6 miesięcy i w tym czasie nigdy nikt nie zostawał na całą noc. Obserwatorium pracowało w dzień, ponieważ głównym zadaniem było badanie zmian na słońcu, plam, wybuchów itp. Pracowników naukowych było zaledwie kilku, pozostali to pracownicy fizyczni tacy jak John. W okolicy obserwatorium przebywało na stałe nie więcej niż 20 osób.

Żona Johna pracowała na poczcie, a właściwie w punkcie pocztowym, bo placówka była niewielka. Była jedyną pracownicą tej niby poczty. Jej praca nie była dużo ciekawsza od stróżowania męża. Czasem tylko robił się większy ruch, jak przyjeżdżały wycieczki. Wówczas zwiedzający wysyłali pocztówki do znajomych i krewnych.

1 września 2018 roku noc była piękna. Na niebie nie było chmur, widać było konstelacje gwiazd. John pomyślał, że szkoda, iż w tym obiekcie nie obserwuje się gwiazd, bo jak przypuszczał, dziś byłyby do tego odpowiednie warunki. Na taką okazję miał przygotowaną kamerę i aparat fotograficzny. Lubił czasem ustawić je na statywie i skierować w niebo. Dziś postanowił, że nagra na kamerę ruch gwiazd. Później dzięki funkcji przyspieszenia będzie miał całonocne nagranie przemieszczających się po niebie gwiazd w jednej minucie. Obserwacja nieba nie była jego pasją, raczej robił to by wypełnić czas, a i pochwalić się można było później na facebook'u fajnymi zdjęciami.

Statyw ustawił przed głównym wejściem do biura. Włączył kamerę, a sam wszedł do wewnątrz. Nie obawiał się, że ktoś mu ukradnie sprzęt, bo nigdy nikogo tu w nocy nie ma. Zresztą siedział blisko okna i widział, co się dzieje, albo raczej co się nie dzieje. Niespodziewanie kamerą zainteresowała się wiewiórka. John był zachwycony. Wiedział, że filmik nie będzie udany, bo wiewiórka zaglądała w obiektyw, ale nasunęło mu to pomysł, że nie tylko niebo można tutaj obserwować. Postanowił następnym razem wystawić kilka orzeszków i nagrać figlarną wiewiórkę. Chwycił aparat fotograficzny, by zrobić kilka zdjęć, ale chyba zrobił to zbyt gwałtownie, bo wiewiórka uciekła.

John po kilku sekundach zauważył zbliżające się światła. Ktoś jechał samochodem w jego stronę, a więc to dlatego wiewiórka uciekła. Spojrzał na zegarek.

– Kogo niesie o pierwszej w nocy?

Samochód podjechał prawie pod sam statyw z kamerą. Na szczęście kierowca zauważył przeszkodę. John wyszedł na zewnątrz. Rozpoznał samochód swojego przełożonego. James McAteer był nie tylko dyrektorem, ale też pracownikiem naukowym Uniwersytetu Stanu Nowy Meksyk w mieście Las Cruces.

– Co ciekawego robisz John? – spytał dyrektor, wskazując ruchem ręki na stojący obok statyw.

– Chciałem nagrać ruch gwiazd, mamy dziś przepiękną noc.

– To chyba ci zepsułem ujęcie.

– Trudno, nagram innym razem.

– Nie! Nie! – zaprotestował dyrektor. – Druga taka noc może się nie powtórzyć w najbliższym czasie. Winien ci jestem nagranie. Chodź ze mną.

John chciał wyjaśnić, że i tak wcześniej wiewiórka popsuła mu nagranie, ale zamilkł, bo był ciekaw, o co chodzi dyrektorowi i po co go ze sobą ciągnie. Chce mu to jakoś wynagrodzić?

Dyrektor udał się do swojego biura, a stróż za nim. Włączył komputer. Pojawił się ekran weryfikacji i zażądał hasła. Wpisał bardzo szybkim ruchem hasło. Pewnie liczył na to, że stróż nie zauważy naciskanych klawiszy, ale zmysły Johna bez trudu zarejestrowały: 1321

– Masz jakąś kartę pamięci? – spytał dyrektor.

– Mam pędraka – John odpiął breloczek od kluczy i podał dyrektorowi, który włożył go w gniazdo USB i odpalił program antywirusowy.

Wirusów nie było. Dyrektor skopiował plik na pendrive. Nie trwało to nawet 20 sekund.

– Proszę – oddał Johnowi urządzenie. – To nie to samo co samemu nagrać, ale na razie tylko tak mogę wynagrodzić twoją stratę, ale obiecaj, że jak uda ci się nagrać ten film to pokarzesz mi go.

– Oczywiście.

Zrobiło się niezręcznie.

– To ja już pójdę...

Wycofał się po cichu. Dyrektor po 30 minutach opuścił obserwatorium. John nie odważył się tej samej nocy sprawdzić jakie skarby kryją się w komputerze dyrektora, ale pokusa była tak wielka, że chodziło mu to po głowie. Ach ta nuda pomyślał.

Kilka dni później, szedł do pracy z przekonaniem, że zaryzykuje i zajrzy do komputera szefa. Była to noc z 5 na 6 września. Około godziny 4 nad ranem, wszedł do biura dyrektora. Włączył komputer, wpisał hasło i zaczął przeglądać pliki. Do portu USB podłączył pendrive, tak na wszelki wypadek, gdyby znalazł coś ciekawego i chciał to później zbadać. Poczuł emocje, bo choć nie miał złych zamiarów, to jednak łamał prawo. Nie miał pojęcia co może się stać jak ktoś go przyłapie, ale podejrzewał, że nie byłoby to nic przyjemnego.

Z początku nie znalazł niczego ciekawego, a przynajmniej niczego co byłoby dla niego zrozumiałe: jakieś cyfry słupki wykresy i słowa tak trudne, że większość materiału była dla niego nie zrozumiała. Pomyślał, że to bełkot naukowy. Kiedy miał już zamknąć komputer, dostrzegł plik z napisem media. Kliknął dwa razy w ikonkę i zobaczył miniaturki filmów i fotografii.

Czego tam nie było. Przeglądał wszystko pobieżnie. Niektóre fotografie wydały mu się szczególnie ciekawe, było ich za dużo by w jedną noc obejrzeć. Uwagę jego przykuł plik linia horyzontu. Niestety zdjęcia w nim były bardzo mgliste, ale można było rozpoznać, że to jakieś budynek na wysokim wybrzeżu, prawdopodobnie pojedynczy dom z wieżą. John nie potrafił po szczegółach rozpoznać nic, co by skojarzył z jakimś znanym mu miejscem. W katalogu był plik tekstowy. Otworzył go i tam znalazł informację: „Cabo da Roca (Portugalia) widok z obserwatorium”. John zastanawiał się, dlaczego zdjęcia są tak bardzo zamazane. Przy dzisiejszej technice powinny być przejrzyste. Chyba że... – rozmyślał – chyba że to zdjęcie z bardzo dużej odległości, a zamazanie to wynik dużej ilości atmosfery, przez którą robiono zbliżenie. Nie od razu skojarzył, że Portugalia znajduje się w Europie, ale gdy to do niego zaczęło docierać, zrobiło mu się gorąco. Przecież to po drugiej stronie globu ziemskiego, jakim cudem ktoś mógł zrobić zdjęcie z obserwatorium? To przecież jest niemożliwe! Może to z innego obserwatorium. Tutaj nie było napisane, że to zdjęcie zrobiono w Sunspot.

Były też zdjęcia bez wątpienia dotyczące słońca, choć przy tak dużym powiększeniu nie było widać jego krawędzi. Cała seria zdjęć pokazywała, jakby jakąś szczelinę a z niej rozchodziły się pionowe plamy. Ciekawe czemu są pionowe, przecież plamy powinny być różnych rozmiarów i kształtów. Kilka zdjęć pokazywało tę samą plamoszczelinę, ale pionowe punktu jakby w różnych miejscach, chyba się przemieszczają – pomyślał. Dla słońca to normalne, w końcu to miejsce, gdzie przebiegają ciągłe eksplozje atomowe. Był też plik filmowy, John go otworzył i ponownie zrobiło mu się gorąco. Na filmie pionowe plamy nie tylko wychodziły ze szczeliny, ale także wchodziły jakby do środka słońca. John szukał pliku tekstowego, ale nie było takiego. Dopiero jak opuścił katalog, zauważył jego nazwę: PORTAL.

Skopiował pliki na pendriva. Rozejrzał się za siebie nerwowo. Prawdopodobieństwo, że ktoś wejdzie, było niewielkie, ale strach sprawiał, że bał się tego bardzo. Starał się zatrzeć wszelkie ślady swojej obecności, najpierw w komputerze, a później w pomieszczeniu. Nie pomyślał wcześniej o rękawiczkach, więc teraz przecierał rękawem wszystkie miejsca, gdzie mógł zostawić jakiś odcisk palców. Korzystając z szerokopasmowego internetu, jakim dysponowało obserwatorium, umieścił cały skopiowany materiał na swoim koncie w chmurze. Przed opuszczeniem pomieszczenia postanowił upewnić się, gdzie jest Cabo da Roca. Potwierdziło się jego przypuszczenie, że to na drugim końcu globu ziemskiego. Na zdjęciu w Google rozpoznał też charakterystyczną latarnię morką, którą widział jako budynek z wieżą.

John był podekscytowany, serce waliło mu szybko i miał wrażenie, że bardzo głośno, choć oczywiście tylko przyspieszony oddech mógł być naprawdę słyszalny. Wplótł ręce we włosy i przeciągnął się do tyłu. Musiał uspokoić nerwy. Opuścił biuro i udał się do swojej stróżówki.

Gdy przyszli pierwsi pracownicy, a on opuszczał stanowisko pracy, serce nadal mu biło mocno. Bał się, że jego odkrycie jest widoczne na jego twarzy, że ktoś zauważy, jak bardzo jest pobudzony. Złapie go za rękaw i krzyknie – Mam cię!

To bez sensu, pomyślał, przecież nikt nic nie wie i nigdy się nie dowie, bo niby skąd?

Po nocnej pracy udał się do domu, przegrał pliki z chmury na swój stacjonarny komputer. Żona była już na poczcie. Wysłał do niej za pomocą Skypa filmik z katalogu PORTAL z uwagą: „Zobacz, ale nikomu nie pokazuj. Porozmawiamy wieczorem”. Podekscytowany odkryciem długo nie potrafił zasnąć, ale w końcu sen go zmorzył.

Był już 6 września 2018 roku. Około godziny 12 dyrektor obserwatorium James McAteer odebrał telefon. Kiedy skończył rozmowę, był blady jak ściana. Usiadł na chwilę, napił się wody mineralnej, by po chwili wstać i wydać dyspozycje. Poprosił wszystkich pracowników o natychmiastowe opuszczenie obserwatorium.

Pracownicy stali na zewnątrz, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. Jednak nic ich nie niepokoiło, rozmawiali, śmiejąc się i snując przypuszczenia, z których większość kończyła się śmiechem. Ktoś zasugerował, że to może ćwiczenia i zaraz wrócimy do pracy, ale czas mijał, a oni nadal stali na zewnątrz budynków.

Godzinę później pojawił się potężny śmigłowiec z napisem FBI i kilku agentów przejęło kontrolę nad obiektem.

Jeden z mężczyzn podszedł do dyrektora i razem gdzieś poszli. Inny stanął przed pracownikami stojącymi na zewnątrz i powiedział spokojnym głosem:

– Proszę opuścić ten teren i spokojnie udać się do domów. Obserwatorium jest zamknięte do odwołania. Jak coś się zmieni, zostaniecie państwo o tym powiadomieni.

Ktoś zapytał:

– Ale co się stało?

Agent nie podjął dyskusji, tylko się odwrócił i wszedł do budynku.

Po dwóch kolejnych godzinach zjawiło się kilkanaście samochodów wypełnionych sprzętem i agentami. Cały teren został otoczony żółtą taśmą. Przyjechał też miejscowy szeryf, ale nikt z agentów nie chciał z nim rozmawiać. Nie wpuszczono go nawet na teren obserwatorium.

Widząc dyrektora, krzyknął:

– James co tu się dzieje!

Dyrektor podszedł.

– Co tu do cholery się dzieje? – powtórzył pytanie już ciszej.

– Nic ciekawego, prawdę mówiąc sam nie wiem.

– Nie zbywaj mnie, coś musisz wiedzieć. Jestem szeryfem, mogę się przydać.

– To sprawa federalnych, nawet ja nie wiem – wyraźnie kręcił dyrektor. – Twierdzą, że to kwestia bezpieczeństwa pracowników.

– Ktoś wtargnął na teren obserwatorium?

– Nie! – zaprzeczył zdecydowanie, a po chwili dodał. – Chyba nie. Sam nie wiem. Mamy czekać i niczym się nie przejmować.

Szeryf czuł, że dyrektor nie mówi całej prawdy, ale ich znajomość nie była na tyle zażyła, by jawnie mu to powiedzieć.

Jeszcze tego samego dnia pojawiła się telewizja z pobliskiego Las Cruces, ale oni także nie zdołali zdobyć sensownych wyjaśnień. Wywiady z pracownikami także niczego nie dały. Wiadomo było tylko jedno, Obserwatorium zostało nagle zamknięte, a kontrolę nad nim przejęło FBI.

O godzinie trzeciej po południu FBI zamknęło także punkt pocztowy, w którym pracowała żona Johna. Agenci w towarzystwie pani Janet Kowalik odwiedzili Johna w mieszkaniu. Obudzili go. Spał mocno więc był jeszcze nie przytomny, gdy agenci weszli do domu. Niespodziewana wizyta szybko go jednak doprowadziła do trzeźwości. Umysł zaczął pracować, intensywnie analizując szybkość reakcji FBI na jego naprawdę niewielkie przestępstwo. Ciekawe czy umieszczenie plików w chmurze go zdradziło, czy wysłany plik przez Skype.

Oficer FBI poinformował ich:

– Jesteście wstępnie podejrzani o szpiegostwo i kradzież poufnych danych. Nasi specjaliści sprawdzą zawartość waszych komputerów i przeszukają mieszkanie. Proszę się z nikim nie kontaktować i nie opuszczać domu.

FBI przeszukiwało cały dom, a Kowalikowie siedzieli na kanapie i się nudzili.

Pod wieczór podsunięto im raport, z którego wynikało, że FBI zabrało z domu Johna: trzy telefony komórkowe, pięć laptopów, jeden iPad, zewnętrzny dysk twardy, 16 pendrive'ów, 89 kart pamięci.

John podpisując, powiedział:

– Nawet nie wiedziałem, że tyle ich mam.

Na drugi dzień media z całych Stanów Zjednoczonych ściągnęły pod obserwatorium. Próbowały dowiedzieć się, dlaczego FBI je tak nagle zamknięto. Jedyne czego się dowiedziały to, że chodzi bezpieczeństwo pracowników.

Dopiero na drugi dzień jeden z agentów podjął rozmowę z Johnem i Janet.

– Już wiemy, że ukradłeś tajne zdjęcia z obserwatorium. Kto ci to zlecił?

– Co proszę? – szczerze dziwił się John.

– Nie udawaj głupka. Znaleźliśmy na twoim komputerze zdjęcia, których nie powinieneś mieć. Są własnością Stanów Zjednoczonych i są tajne. Twoja żona miała jeden filmik.

– Owszem zdjęcia skopiowałem, ale żeby robić z tego taką aferę? To tylko głupie fotki...

– Po co ci one? – przerwał mu agent.

– Sam nie wiem, po co je skopiowałem. Przypadkiem podpatrzyłem, jak dyrektor wpisuje hasło i uczepiła się mnie myśl, że może warto sprawdzić co tam jest. Nie miałem żadnych planów to zwykły przypadek, a później głupia myśl, by sprawdzić, co to jest, uczepiła się mnie i nie dawała spokoju. Do głowy mi nie przyszło, że to będzie taka afera.

– Dlaczego wysłałeś do żony filmik z informacją, by nikomu go nie pokazywała?

John wiedział, że razem z filmikiem do żony wysłał też jakąś treść, ale nie pamiętał, co napisał. Zawahał się przez chwilę, ale ostatecznie powiedział:

– To moja żona, chciałem się z nią podzielić, a może trochę popisać ciekawym filmem.

– Dlaczego kazałeś jej nikomu nie pokazywać?

– Bo to ja chciałem się przednią popisać, a nie by ona się popisywała przed kimś innym, no i nie chciałem, by ktoś się dowiedział, że coś skopiowałem z obserwatorium. Zrobiłem to z nudów...

– I z głupoty – dopowiedział, agent. – Teraz masz kłopoty. Co zobaczyłeś na tym filmie?

– Nic.

– Dlaczego więc uznałeś, że możesz nim zaimponować żonie?

– Naopowiadałbym jej jakąś bajeczkę o kosmitach, bo tam plamy wyglądały, jakby się poruszały w jakiś zorganizowany sposób.

John zauważył, że agent przygląda mu się uważnie i się zmieszał.

– I co jeszcze odkryłeś?

– Nic.

– To po co skopiowałeś cały katalog z mediami?

– Chciałem go w wolnej chwili przejrzeć i zobaczyć, czy jest tam coś ciekawego, ale nie zdążyłem, bo po nocnej pracy musiałem się przespać, a jak się obudziłem, to już byliście pod moimi drzwiami. Nawet nie zdążyłem komputera odpalić.

Agent skończył przesłuchanie i wyszedł na zewnątrz. Wsiadł do samochodu, w którym czekał na niego inny oficer. Obserwował małżeństwo Kowalików na tablecie.

– Co myślisz?

– Albo głupek, albo niezły cwaniak.

– Ta... Trzeba prześledzić jego aktywność w internecie, by to sprawdzić i ściągnąć psychologów. Niech go rozpracują.

– Jak mu nic nie udowodnimy, to będziemy mieli przesrane. Zrobiliśmy zbyt gwałtowne ruchy. Trzeba będzie się z tego jakoś wywinąć. Media wymyślają najdziwniejsze teorie, a co się dzieje w internecie szkoda mówić.

Faktycznie w mediach, a także na forach internetowych wrzało. Mnożyły się liczne teorie, a prawie każda miała charakter spiskowy. W obserwatorium coś odkryto, a rząd Stanów Zjednoczonych chce to ukryć. Takim teorią sprzyjało bliskie położenie słynnego Roswell, gdzie w 1947 miał rozbić się statek kosmiczny. Nic dziwnego, że najpopularniejsza aktualnie teoria zakładała, że odkryto lub nawiązano kontakt z kosmitami i rząd chce to ponownie ukryć.

Inne teorie mówiły o szpiegostwie. W pobliżu obserwatorium znajdują się aż dwie bazy wojskowe. Komentatorzy bardziej umiarkowani sugerowali wyciek rtęci z miejscowego teleskopu. Taka teoria pasował do jedynego oficjalnego oświadczenia, jakie do tej pory podało FBI, że ewakuacja była spowodowana ze względu na bezpieczeństwo personelu. Okazało się jednak, że ten teleskop nie miał w sobie rtęci.

Internetowe trolle będące na żołdzie FBI lansowały twierdzenie, że wykryto na słońcu coś niebezpiecznego, plamy lub serie wyjątkowych wybuchów, które mają zagrażać życiu na ziemi. Nawet rosyjski Sputnik zaangażował się w lansowanie tej wersji. Nikt jednak nie czuł się usatysfakcjonowany takimi wyjaśnieniami i atmosfera podejrzliwości nadal wisiała na łączach internetowych.

Teorię o lądowaniu obcych zwalczali wszyscy. Profesor James McAteer dyrektor obserwatorium, oficjalnie oświadczył:

– Teleskop nie namierzył kosmitów. Wszystkie dane zostaną upublicznione w niezmienionej postaci. Nic nie będzie trzymane w tajemnicy.

Przedstawiciele Amerykańskiego Stowarzyszenia Uniwersytetów dla Badań Astronomicznych podkreślali, że w związku z zamknięciem obserwatorium współpracują z odpowiednimi władzami, aby placówka została otwarta tak szybko, jak to możliwe.

Heidi Sanchez, koordynator ds. edukacji i publicznego wizerunku w Sunspot, zwracała uwagę na korzyści płynące z całego zamieszania.

– Jesteśmy tylko małym obserwatorium, którego większość ludzi do tej pory nie znała – przekonywała Sanchez. – Teraz wszyscy o nas wiedzą. Gdy tylko całe to zamieszanie się skończy, zapraszamy chętnych do zwiedzania.

Po kilku dniach przesłuchań i śledztwa agenci FBI doszli do wniosku, że John Kowalik to jednak nieudacznik, a jego wybryk z kradzieżą tajnych danych to jednorazowy wyskok. Byli przekonani, że nie był on świadomy, co odkrył i dlatego nie miało to żadnych negatywnych konsekwencji.

Po jedenastu dniach obserwatorium udostępniono zarówno dla personelu, jak i dla zwiedzających.

Problemem stało się jednak wyjaśnienie gwałtownej reakcji FBI. Media światowe czekały na oficjalne wyjaśnienie całego zamieszania, a agenci na uciszenie sprawy. Nie było wyjścia, trzeba było znaleźć jakieś sensowne wyjaśnienie najlepiej takie, które zaknebluje usta Johnowi Kowalikowi. Wytoczono ciężkie działa.

FBI sporządziło 39 stronicowe uzasadnienie przeszukania domu Johna i zadbało, by wyciekło do mediów. W uzasadnieniu tym czytamy, że pracownik obserwatorium wykorzystywał bezprzewodową sieć do ściągania i rozpowszechniania dziecięcej pornografii. Dopiero takie wyjaśnienie w dodatku nieoficjalne tylko z przecieku, uspokoiło media, choć niektórzy nadal się dziwili, dlaczego FBI nie wydało nakazu aresztowania.

Agent FBI podsunął papiery do podpisania państwu Kowalik.

– To jest zobowiązanie do zachowania tajemnicy.

– A co z tym absurdalnym oskarżeniem o dziecięcą pornografię? – spytała Janet.

– Jeśli zachowacie tajemnicę, to śledztwo będzie się ciągnęło bez końca, ale nic nie wykaże i zbiegiem czasu media o sprawie zapomną. Gdybyście jednak chcieli rozpowszechniać inną wersję lub – co gorsza – ujawnili prawdę, to nie tylko na waszych dyskach znajdą się odpowiednie dowody, ale może nawet w piwnicy znajdziemy jakieś kości dziecka.

– Nie mamy piwnicy – powiedział John.

– To w ogródku, pod drzewem za garażem. Co za różnica? Macie zachować dyskrecję to skończy się na podejrzeniu, jak zaczniecie paplać to wrócimy tu i dokończymy sprawę.

– Sytuacja bez wyjścia? – spytał John.

– Można tak powiedzieć. Macie stryczek na szyi, a ręce związane – uśmiechnął się agent, wyraźnie zadowolony ze swojego porównania. – Dajcie nam powód, by zaciągnąć sznur, a się nie zawahamy.

John i Janet podpisali zobowiązanie do zachowania milczenia. Kopi im nie zostawiono.

Na drugi dzień dyrektor obserwatorium odwiedził Kowalików w domu i w chłodnym tonie zasugerował Johnowi, by szukał nowej pracy.

– Ale przecież nie jestem pedofilem.

– To bez znaczenia. Zawiodłeś moje zaufanie. Nie zawaham się poświadczyć, że jesteś zboczeńcem.

– Nie lepiej powiedzieć prawdę, że wykradłem zdjęcia i...

– Teraz prawdę głosi FBI – przerwał mu dyrektor. – Spróbuj z tego wybrnąć albo zaprzeczyć – zaśmiał się gorzko i wyszedł.

John wiedział, że prawda nie wyciszy spekulacji, przeciwnie. Ludzie zażądają okazania zdjęć, które wykradł, a pedofilii się nie pokazuje. Dla dyrektora to także jest wygodne wytłumaczenie, ponieważ w tej wersji nie ponosi on żadnej odpowiedzialności za cały ten bałagan. Ot trafił się pechowy pracownik. Kto mógł wiedzieć, że ma takie chore skłonności.

John zapewnił, że będzie milczał, ale swoje wiedział, a nawet planował. Po miesiącu od zakończenia śledztwa, gdy był już pewien, że nikt go nie śledzi, udał się do lasu. Odszukał sobie dobrze znane miejsce i wygrzebał z ziemi pendrive'a i telefon zawinięte w folię. Schował je w ziemi, gdy wracał wówczas z pracy do domu. Cały teren jest mocno zalesiony, więc nie wymagało to od niego wielkiego wysiłku. Wystarczyło, że lekko zboczył ze ścieżki, którą przemierzał za każdym razem, gdy szedł lub wracał z pracy. Teraz otworzył stary aparat telefoniczny marki Nokia i włożył do środka kartę. Wybrał numer. Po drugim sygnale ktoś odebrał.

– Mam – powiedział John i się rozłączył.

Następnie wsiadł do samochodu i wybrał się w podróż. Jechał w kierunku Las Cruces. Teren był mocno zalesiony a droga mało uczęszczana. Po około 15 minutach upewnił się, że ani przednim, ani za nim nikt nie jedzie i skręcił w wąską drogę przecinającą las. Dojechał do skrzyżowania z inną podobną drogą. Prawie w tym samym czasie do tego samego skrzyżowania podjechał stary Ford pickup. Drugi kierowca miał gęstą brodę i na oko jakieś 55 lat. Obaj kierowcy wysiedli i uścisnęli się serdecznie.

– Mam braciszku, mam! – radośnie oznajmił John.

– Co tym razem znalazłeś?

– Wygląda na to, że drzwi do nieba są na słońcu, a ziemia faktycznie jest płaska – powiedział krótko John. – Macie pędraka, więc sami sprawdźcie. Skopiowałem ponad 60 GB danych. Są też zdjęcia i filmy. Znaleźli przejście i stale je obserwują.

– Ciężko będzie im zaatakować przez słońce.

– To dla nich nieosiągalne, raczej szykują się do obrony - wyjaśnił John.

– Dlatego obserwują portal...

– A w pobliżu znajduje się baza sił powietrznych Holloman i bateria rakiet White Sands. 

– Ta...

– A wiadomo coś o innych przejściach? – spytał John.

– Na Antarktydzie straciliśmy kontakt z jednym bratem. Z tym samym co dwa lata temu dostarczył nam zdjęcia piramid.

– To znaczy, że musiał znaleźć coś nowego.

– Możliwe, ale niestety nie dowiemy się, co to było, chyba że jakimś cudem jeszcze się odnajdzie. No i mamy tam jeszcze siostrę Annę, może też coś odkryje.

– Niech Bóg ma ją w swojej opiece.

– Amen.

____________

Krzysztof Król

 

https://www.reuters.com/

 

 

 

Komentarze

ARTUR
Dobra robota,bracie Krzysztofie,jestem pod wrażeniem,siostra Anna jest silna,nich Bóg ma w opiece brata Andrzeja.
Piotr
Ale o co chodzi z tym artykułem ? taka fikcja literacka do poczytania dla tych co mają za dużo czasu ? Myślałem że się coś dowiem a nawet nie wiem czy ten artykuł to prawda czy zwykła wyobraźnia autora bo na taką wygląda.
Odpowiedz
Krzysztof
To jest oczywiście opowiadanie czyli fikcja literacka, ale oparta mocno na prawdziwych wydarzeniach, Oficjalna wersja jest w linku na dole. Przejrzałem mnóstwo linków omawiających ten temat i można o nich powiedzieć to samo co o tym opowiadaniu, czyli więcej w nich fikcji niż prawdy, choć starali się niby podawać fakty. Ponieważ mnie nie przekonują oficjalne wyjaśnienia FBI, więc wyraziłem swój stosunek do nich za pomocą tego opowiadania, jest ono tak samo prawdopodobne jak to co oficjalnie pojawia się w komunikatach rządowych.
James
Ogólnie świetne opowiadanko i ma Pan talent literacki, nie powiem. Jednak jeśli ma to być promocja Płaskiej Ziemi to teksty typu "przecież Portugalia leży po drugiej stronie GLOBU" trochę nie pasują i psują powagę przekazu :).
Odpowiedz
Krzysztof
Dziękuję za miłe słowa. Ponieważ zależało mi na końcowym zaskoczeniu więc w pierwszej części wszystko musiało być stereotypowo "poprawne". Poza tym wyszedłem z założenia, że większość czytających będzie jednak kuloziemcami, powinni więc przejść etap przemiany razem z bohaterem. Gdyby natknęli się ze skrajnie inną opinię niż ich własna już na początku, nie czytaliby dalej.
Odpowiedz
James
No w sumie ma pan rację. Ale mógł pan napisać jakos tak pośrednio, nie zdradzając kształtu planety np "Portugalia leży w odległej części Europy". Wtedy logika byłaby zachowana.
Nobodyx
Opowiadanie fajne, ale tezy w nim zawarte jako fakty to trochę lipa. Czytając pasek na tvn24 można podobne tezy wysnuć. Wszystko zależy od wyobraźni autora.
Najpopularniejsze
Polecamy
Najnowsze komentarze

Księżycowe drewno – Bóg wie najlepiej

Matejek

wrto przypomnieć też KSIĘŻYCOWE DREWNO - UKRYTA PRAWDA O DRZEWACH I DREWNIE NA NOWO ODKRYTA https://www.youtube.com/watch?v=hjW4gGwEdeE&fbclid=IwAR2FcEoQta9dwr19-C1Srg1pCAxwt-B5hRKEzrc0i1NimiuLzAfbAtdyaWY

Księżycowe drewno – Bóg wie najlepiej

Kris

Bog dal nam wszystko co potrzebujemy zeby zyc zdrowo i dlugo ale szatan niestety stara sie wszystko "ulepszac"

Amerykańskie testy broni biologicznej na Polakach

Jack Mac Lase

Zdaje się, że świnie same potrafią wytworzyć przeciwciała przeciw ASF i uodpornić się, ale z jakiś powodów...

Kto rządzi światem?

Jack Mac Lase

Mam podobne spostrzeżenia: https://innywariant.weebly.com/blog/kto-rzadzi-polska

Czy Juncker się posikał? Dlaczego skompromitowany polityk ma ciągle władzę?

StanisławS

Pan Juncker wylądował na stołku przewodniczącego Komisji Europejskiej po tym jak stracił stołek premiera...